Nasza historia

Wizytówka wdowy

Jedna z cichszych ironii kolekcjonerskiego życia polega na tym, że to, co najważniejsze, rzadko bywa tym, po co się wyruszyło.   

Przed laty, gdy z młodzieńczym zapałem tropiłem stare zegarki, dotarła do mnie wieść, że wdowa po znanym kolekcjonerze wyprzedaje całą kolekcję. Bez wahania zarezerwowałem pierwszy wolny lot do Paryża, pragnąc zdążyć, zanim kolekcja trafi w ręce handlarzy i rozproszy się na cztery wiatry. 

Sprzyjało mi wówczas wyjątkowe szczęście, choć zanim doszło do spotkania, musiałem odwołać się do niejednej znajomości i prosić o niejedną przysługę. Gdy wreszcie zgodziła się mnie przyjąć, przez cztery dni rozmawialiśmy od świtu do północy - o kolekcji, a z każdym dniem coraz więcej o człowieku, który ją zgromadził. Kiedy było po wszystkim, nabyłem tyle, na ile pozwalał mi budżet, a ten był wówczas znacznie skromniejszy niż mój entuzjazm. 

Dwa z zakupionych egzemplarzy wymagały pracy, która przerastała możliwości każdego znanego mi zegarmistrza. Gdy o tym wspomniałem, była kolekcjonerka przesunęła w moją stronę wizytówkę – tak delikatnie, jakby to był jeden z jej klejnotów. Sama wizytówka wyglądała, jakby wydrukowano ją wiek wcześniej. „Proszę tu zadzwonić – powiedziała. - Od prawie pięćdziesięciu lat opiekuje się moją biżuterią” . 

Wiedziałem co nieco o jej guście, a znacznie więcej o jej biżuterii, byłem więc skłonny jej zaufać. Był wszakże pewien kłopot: człowiek z wizytówki był jubilerem, nie zegarmistrzem. Ona pozostała jednak nieugięta - miałem do niego pojechać. Był i drugi kłopot: jeszcze tego samego wieczoru miałem lecieć do domu. 

Nie zwlekając, zadzwoniłem pod wskazany numer, powołałem się na jej nazwisko i po kilku sekundach usłyszałem, że czas się dla mnie znajdzie. Następnie uderzyłem do przyjaciela, który niedawno kupił stare porsche 930, z prośbą, by zawiózł mnie pod podany adres, jakieś sto trzydzieści kilometrów od centrum Paryża.   

Pracownia

Plan, jeśli można to tak nazwać, był prosty: zostawić zegarki, wyjaśnić, co trzeba zrobić, podpisać, co trzeba podpisać, i zdążyć na lotnisko przed odlotem. Dotarliśmy na czas, choć – jak się później okazało – nie obyło się bez kilku mandatów, które jako pomysłodawca całej wyprawy uznałem za swój obowiązek. 

Zatrzymaliśmy się przed bramą posiadłości, która najwyraźniej pamiętała lepsze czasy. Tuż za wjazdem, jeszcze przed głównym budynkiem, stała stara oficyna. Mój przyjaciel spojrzał na nią, potem na mnie i zapytał - żartem, a przynajmniej tak mi się wydawało - czy nie lepiej będzie zostawić silnik na chodzie. Tak na wszelki wypadek.

Gdy otworzyłem drzwi, owionął mnie zapach dymu i oleju maszynowego, a moim oczom ukazała się jedna z najbardziej niezwykłych pracowni, jakie dane mi było zobaczyć. W najdalszym kącie, pod przyćmioną lampą i w sinej mgiełce, siedziała postać, którą wziąłem za jubilera, choć przyznaję, że jakaś część mnie wciąż spodziewała się raczej rozeźlonego Francuza z dubeltówką.

Miałem wówczas dwadzieścia dwa lata, a moja młodość zwykle budziła w branży nieufność – patrzono na mnie tak, jak patrzy się na tarczę zegarka odrobinę zbyt piękną, by mogła być oryginalna. Tutaj nic z tych rzeczy. 

„A więc jednak pan przyjechał!" – odezwał się głos z głębi mgiełki, ku mojemu zdziwieniu po polsku, choć z silnym francuskim akcentem. Postać podniosła się, by mnie przywitać. Uścisk dłoni miał mocny, zaskakująco mocny jak na człowieka, któremu dawałem jakieś osiemdziesiąt lat. Przedstawił się: Antoni. 

Nie minęła godzina, a już przeczuwałem, że to spotkanie może odmienić moje życie, choć nie umiałbym jeszcze powiedzieć, w jaki sposób. W pewnej chwili do środka zajrzał mój przyjaciel, być może zachodząc w głowę, czy jednak nie powinien był zostawić silnika na chodzie. Antoni przyniósł z piwnicy butelkę wina i kolejne dwie godziny upłynęły niepostrzeżenie. Spóźniłem się na samolot, a ostatecznie zostałem we Francji jeszcze tydzień. 

Po powrocie do Londynu, gdzie wówczas mieszkałem, wszystko wydawało mi się dziwnie bez smaku. Brakowało mi zapachu tamtej pracowni i brakowało mi Antoniego, który o maszynach potrafił mówić z pasją, jakiej nie spotkałem nigdzie indziej.

Kraków, 1931

Antoni wyznawał zasadę pokory i z szacunku dla niej pewne szczegóły jego życia pozostaną tam, gdzie je zostawił: między nami dwoma. 

Jego historia zaczyna się w Krakowie w 1931 roku. Był najmłodszym z trojga dzieci i wspominał tamte lata z czułością, choć nie było ich wiele. W 1939 roku, gdy miał osiem lat, musiał opuścić rodzinę i wyjechał pod opieką przyjaciela ojca. Rodzina tego przyjaciela osiadła we Francji jeszcze 2 w czasach Wielkiej Emigracji, po upadku powstania listopadowego, a sam przyjaciel od dawna dzielił życie między oba kraje.

Gdy Antoni miał dziesięć lat, dotarła do niego wiadomość, że jego rodzice zginęli a rodzeństwo rozeszło się do Anglii. Trzy lata później zapalenie płuc zabrało mu również opiekuna i trzynastoletni Antoni został sam, zdany wyłącznie na własny spryt. 

Los, odebrawszy mu tak wiele, okazał wreszcie odrobinę łaskawości. Rodzina, której służył jego opiekun, przyjęła chłopca pod swój dach i w gruncie rzeczy go adoptowała. Nie podam jej nazwiska, ze względu na żyjących potomków, ale z biegiem lat coraz śmielej wprowadzano go w codzienne życie zamku. Był tam przede wszystkim pomocnikiem służby, a jednak po raz pierwszy od lat poczuł, że jest u siebie. Pomagał w utrzymaniu biblioteki w posiadłości, a mieszkał samotnie w oficynie, którą przed nim zajmował jego opiekun, niegdyś domowy nauczyciel sztuki i kultury dla rodziny.   

W 1948 roku, gdy wojna stawała się już tylko tragicznym wspomnieniem, siedemnastoletni Antoni zaczął uczęszczać praktyk u miejscowego jubilera, który szybko poznał się na jego oku do szczegółów i nauczył go abecadła napraw.

Jak opowiadał Antoni, Europa roiła się wtedy od klejnotów, których historii lepiej było zbyt dokładnie nie badać – zniszczonych albo uszkodzonych w czasie wojny – a jubilerzy z niektórych wielkich paryskich domów po cichu odsyłali je do małych pracowni pod Paryżem, gdzie można się było nimi zająć dyskretnie i w stosownym oddaleniu. Jego zadaniem, jak zapamiętał, było naprawiać to, co dało się naprawić, a na życzenie wyjmować kamienie z opraw i zabezpieczyć je z dokładnym opisem. Była to na swój sposób niezwykła szkoła, bo nic tak nie uczy budowy klejnotu jak rozbieranie go na części lub naprawa.   

Potem nadeszły lata powojennego rozkwitu, a wraz z nimi fala nowych wzorów i nowych maszyn. Antoni z nieukrywaną radością oswoił maszyny, opanował je do perfekcji, a wkrótce zaczęło mu się powodzić. W 1954 roku warsztat zamknięto. Antoni odkupił tyle sprzętu, na ile było go stać, i otworzył własną pracownię w oficynie, w której dorastał. To tam, ponad pół wieku później, miałem szansę go odnaleźć. 

W świecie jubilerskim tajemnicą poliszynela jest to, że wielkie domy od zawsze polegały na małych, niezależnych pracowniach, których nazw próżno szukać w książkach. Jako dwudziesto- , a potem trzydziestolatek Antoni prowadził właśnie taką pracownię, a pracując dla paryskich domów jubilerskich, poznał rzemiosło od podszewki – od roboty złotniczej po oprawę kamieni. Wieść, jak to wieść, rozeszła się. Z czasem część klientów tych domów odnalazła drogę do jego drzwi i zaczęła powierzać mu zamówienia i naprawy bez pośredników. Tak właśnie, jak mi powiedziano, poznał damę, która mnie do niego przysłała.

Obietnica

Po tamtych trzech miesiącach odczuwałem głęboką potrzebę, by wracać do tej pracowni, siadać, słuchać i chłonąć, ile się da, jak przy własnym dziadku. Co roku, pomiędzy pracą, rodziną i wszystkimi innymi obowiązkami, którymi życie zapełnia kalendarz, chwytałem się każdego pretekstu, by do niego pojechać. Rzadko musiałem szukać daleko. 

Pewnego dnia, gdy rozmawialiśmy o jednym z klejnotów, które wykonał pod koniec lat sześćdziesiątych, przerwał mi w pół zdania. Musiał się już chyba napatrzeć na mój zapał. „A może nauczę cię, jak się takie rzeczy robi?” - zapytał. Miałem dwadzieścia trzy lata i pracowałem w zupełnie innej dziedzinie. „No to musiałbym zostać jubilerem!” – odparłem ze śmiechem.

Nastały potem parę lat lekcji o maszynach, robieniu własnych narzędzi itd., z przerwami, odmierzane niezliczonymi lotami, a w tym czasie Antoni naprawiał, projektował i wykonywał dla mnie unikalne prace do własnej kolekcji. Wreszcie kazał mi obiecać, że pewnego dnia znajdę swoje miejsce w tym fachu i że nie dam za wygraną, kiedy jego już zabraknie. Niedługo potem zmarł. 

Dziś, prawie dwa lata później, staram się dotrzymać tej obietnicy w jedyny znany mi sposób: z pokorą, ucząc się wszystkiego od nowa, w nadziei, że uda mi się ocalić choć cząstkę pasji, którą Antoni przez ponad pół wieku wkładał w każdą godzinę przy warsztacie. Moje umiejętności to zaledwie ułamek tego, co on potrafił w moim wieku. Chciałbym jednak poświęcić najbliższe lata, a jeśli los pozwoli, także dekady, na przekuwanie tego, czego mnie nauczył i notatki które mi zostawił, w rzeczy, które można wziąć do ręki: przedmioty starannie zaprojektowane, uformowane i wykończone, które – mam nadzieję – dadzą tym, którzy je noszą, choć odrobinę tej radości, jaką dał mi Antoni. 

Jeśli moje ręce nabiorą wprawy, a wokół mnie z czasem powstanie zespół, pragnąłbym tworzyć kolejne marki, każdą z własną wizją, i w skromnej mierze przyczynić się do tego, by rzemiosło to wróciło do Polski jak do domu – o czym Antoni zawsze marzył. Obaj byliśmy Polakami, którzy niemal całe życie spędzili z dala od ojczyzny, i do dziś zdumiewa mnie, że poznaliśmy się na obczyźnie, a połączyło nas jedno marzenie: by to rzemiosło znów rozkwitło w kraju. Cieszę się, że ta droga zaczyna się właśnie tutaj, w Krakowie, w mieście, w którym przyszedł na świat.

Pierwszym krokiem jest Maison Bubbe. Nazwa pochodzi od czułego słowa, którym Antoni witał swoich najstarszych i najbliższych klientów. Było w tym powitaniu tyle ciepła, że nie znam lepszego opisu tego człowieka – człowieka, bez którego nigdy nie zasiadłbym przy jubilerskim stole.

Dziękuję Ci, Antoni. 

Dziękuję także wszystkim złotnikom, którzy od tamtej pory okazali mi tyle cierpliwości i życzliwości, pomagając szlifować to, co pozostawił mi Antoni.